czwartek, 7 lutego 2013

Samuraj z bambusowym mieczem.


Od dziecka moim marzeniem było trenowanie którejś ze sztuk walki. Jakie miałem jednak możliwości? Dzieciństwo spędzone w zaściankowej mieścinie, gdzie jedyną możliwością było uczestniczenie w karate lekcjach prowadzonych przez pseudo senseia, którego tytuł mistrzowski był tak prawdziwy, jak Mistrzostwo Polski Legii w 1993 roku. Kiedy po wielu latach wyjechałem w końcu poszerzać horyzonty w wielkim mieście postanowiłem, że czas dać upust młodzieńczym fantazjom (o pozostałych sposobach ich upustu opowiem innym razem) i rozpocząć przyjmowanie tajników którejś ze wschodnich sztuk walki. Moją uwagę przykuło Kendo, choć fakt, iż pierwsza lekcja była darmowa zapewne miał znaczący wpływ na tą decyzję.


Zgodnie z opisem wydarzenia na jakże popularnym facebook'u zapakowałem do torby luźne spodnie, koszulkę oraz dobre chęci i wybrałem się na “Nabór do grupy początkującej KENDO”. Pierwszy problem spotkał mnie dosyć szybko, był to trud odnalezienia lokalizacji. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Po drodze odwiedziłem liceum, jakże przypominające moją kochaną placówkę i po raz kolejny przypomniało mi się, ile piękna niosą ze sobą zmierzające ku maturze dupeczki. Nie mając jednak czasu na wyszukane flirty zapisałem sobie w dzienniku adres tego miejsca i po krótkiej rozmowie z miłą panienką znalazłem punkt docelowy.

Przybyłem jako ostatni, więc szybki skok do szatni i trzeba było zaczynać. Pierwsza uwaga: przed wejściem na salę zdejmujemy buty i skarpety, treningi odbywają się tylko na boso. Zajęcia prowadziło dwóch starszych Panów, których można było uznać za lokalnych sensei, choć jak sami powiedzieli, w Kendo nie ma czegoś takiego jak rangi, każdy jest sobie równy (choć i tak istnieją równiejsi). Na zajęcia przybyło około 20 nowicjuszy, z czego jeden był totalnym kutasem, gdyż trenował wcześniej karate, Ju-Jitsu i jakiś jeszcze inny szmelc. Odgórnie miał się za lepszego, choć tak naprawdę był grubym niechudym nerdem w okularach. Już na samym początku domniemani mistrzowie wytłumaczyli nam, jak bardzo mozolne i długie może być nauczanie Kendo, a pierwsze skrzyżowanie mieczy następuje dopiero po kilku miesiącach. Pierwsza część zajęć polegała na patrzeniu jak bardziej doświadczeni koledzy rozgrzewają się, a następnie przystępują do medytacji. W międzyczasie zostały nam wyłożone podstawowe prawa Kendo. Pierwszą ideą jest shinai, co można rozumieć jako zjednoczenie umysłu, ducha i techniki. Całość sprowadza się do tego, że nasze ruchy powinny się łączyć na kilku płaszczyznach, aby zadawać dobre ciosy należy połączyć wszystkie elementy w jedność, wykonać ruch ciałem i mieczem w tym samym czasie, jednocześnie wspomagając to swoim umysłem. Idea jakże zacna i ciekawa, zwłaszcza, iż z założenia ma dawać nam korzyści w każdym aspekcie życia. Druga z ważnych kwestii to tzw. reiho, etykieta. Aspekt ten ma pomagać w kształtowaniu poczucia godności i charakteru, a także nieustającego szacunku dla innych.
Wydawać by się mogło, iż Kendo to tylko głupie trzaskanie się kijami, jednak prawda jest zgoła odmienna. Opisane przeze mnie w poprzednim akapicie prawa jasno wskazują, że Kendo wkracza do naszego życia na wielu poziomach, starając się zrobić z nas zarówno wspaniałych wojowników jak i ludzi. Jest to sportowa sztuka walki, wobec czego jakiekolwiek walki maja charakter zawodów na zasadzie kto trafi ładniej i dokładniej, a nie kto szybciej i mocniej. Istnieją trzy ataki: w głowę, w tułów oraz w przedramię. Każdy z ciosów to nie tylko moment uderzenia przeciwnika. Punkty dostaje się za połączenie trzech aspektów:  przygotowania, ataku oraz ustawienia się w pozycji, która pomoże przy budowaniu kolejnej próby. Tylko wykonując te wszystkie trzy czynności prawidłowo sędziowie mogą przyznać nam punkt. Dla tych, którzy liczyli na fajne napierdalanie się kijami ten fakt to zapewne sporo rozczarowanie, gdyż idąca w parze z Kendo tradycja samurajów nie może być rozumiana dosłownie (nikt nikomu krwi nie upuszcza).

Po zakończeniu części teoretycznej nadszedł długo wyczekiwany moment, dostaliśmy do ręki miecze, znaczy bambusowe kije. Przećwiczyliśmy wyciąganie miecza z tzw. pochwy, poruszanie się oraz podstawowe cięcie, mające na celu atak głowy przeciwnika (w tradycji przecięcie jej na pół). Wtedy dopiero okazało się  jak trudną i żmudną sztuką może być opanowanie Kendo. Każdy ruch musi być przemyślany i wykonany z odpowiednia techniką, gdyż jeden błąd może kosztować nas punkt na rzecz przeciwnika, a w dalszej perspektywie porażkę w całym pojedynku. Kiedy zakończyła się część właściwa przyszedł czas na smutniejszy moment, czyli informacje dotyczące kosztów. Okazało się, że sam sprzęt do uprawiania tej dyscypliny kosztuje około... 2500zł. Do tego dochodzi częsty zakup mieczy, ponieważ zużywają się one bardzo szybko oraz miesięczne składki, gdyż jak wiadomo, senseiowie też charytatywnie nikogo nie uczą.

Zdecydowanie mogę uznać ten trening jako pozytywne doświadczenie. Polecam Kendo każdemu, kto znajdzie w portfelu wolne 2500zł i więcej, gdyż w dalszej perspektywie nauka tej sztuki może przynieść wiele korzyści. Mi niestety pozostaje poszukiwanie czegoś, co będzie bardziej przyjazne dla mojego portfela.

PS. Ponieważ główną ideą tego bloga jest mimo wszystko filmografia, głupio by było nie wspomnieć nic o żadnym filmie. Podtrzymując temat, polecam każdemu film, czy też serial Shogun. Klasyczny, w mojej ocenie bardzo dobrze opisujący feudalną Japonię  kodeks samurajów i tego typu stuff.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz