Od dziecka moim marzeniem było
trenowanie którejś ze sztuk walki. Jakie miałem jednak możliwości?
Dzieciństwo spędzone w zaściankowej mieścinie, gdzie jedyną możliwością było uczestniczenie w karate lekcjach prowadzonych
przez pseudo senseia, którego tytuł mistrzowski był tak prawdziwy,
jak Mistrzostwo Polski Legii w 1993 roku. Kiedy po wielu latach
wyjechałem w końcu poszerzać horyzonty w wielkim mieście
postanowiłem, że czas dać upust młodzieńczym fantazjom (o
pozostałych sposobach ich upustu opowiem innym razem) i rozpocząć
przyjmowanie tajników którejś ze wschodnich sztuk walki. Moją
uwagę przykuło Kendo, choć fakt, iż pierwsza lekcja była darmowa
zapewne miał znaczący wpływ na tą decyzję.
Zgodnie z opisem wydarzenia na jakże
popularnym facebook'u zapakowałem do torby luźne spodnie, koszulkę
oraz dobre chęci i wybrałem się na “Nabór do grupy początkującej
KENDO”. Pierwszy problem spotkał mnie dosyć szybko, był
to trud odnalezienia lokalizacji. Nie ma jednak tego złego co by na
dobre nie wyszło. Po drodze odwiedziłem liceum, jakże
przypominające moją kochaną placówkę i po raz kolejny
przypomniało mi się, ile piękna niosą ze sobą zmierzające ku
maturze dupeczki. Nie mając jednak czasu na wyszukane flirty
zapisałem sobie w dzienniku adres tego miejsca i po krótkiej
rozmowie z miłą panienką znalazłem punkt docelowy.
Przybyłem jako ostatni, więc szybki
skok do szatni i trzeba było zaczynać. Pierwsza uwaga: przed
wejściem na salę zdejmujemy buty i skarpety, treningi odbywają się
tylko na boso. Zajęcia prowadziło dwóch starszych Panów, których można było uznać za lokalnych sensei, choć jak sami powiedzieli, w
Kendo nie ma czegoś takiego jak rangi, każdy jest sobie równy (choć i tak istnieją równiejsi). Na zajęcia przybyło około 20
nowicjuszy, z czego jeden był totalnym kutasem, gdyż trenował
wcześniej karate, Ju-Jitsu i jakiś jeszcze inny szmelc. Odgórnie
miał się za lepszego, choć tak naprawdę był grubym niechudym
nerdem w okularach. Już na samym początku domniemani mistrzowie
wytłumaczyli nam, jak bardzo mozolne i długie może być nauczanie Kendo,
a pierwsze skrzyżowanie mieczy następuje dopiero po kilku
miesiącach. Pierwsza część zajęć polegała na patrzeniu jak
bardziej doświadczeni koledzy rozgrzewają się, a następnie
przystępują do medytacji. W międzyczasie zostały nam wyłożone
podstawowe prawa Kendo. Pierwszą ideą jest shinai, co można
rozumieć jako zjednoczenie umysłu, ducha i techniki. Całość
sprowadza się do tego, że nasze ruchy powinny się łączyć na
kilku płaszczyznach, aby zadawać dobre ciosy należy połączyć wszystkie elementy w jedność, wykonać ruch ciałem i mieczem w tym samym czasie, jednocześnie wspomagając to swoim umysłem. Idea
jakże zacna i ciekawa, zwłaszcza, iż z założenia ma dawać nam
korzyści w każdym aspekcie życia. Druga z ważnych kwestii to tzw.
reiho, etykieta. Aspekt ten ma pomagać w kształtowaniu poczucia
godności i charakteru, a także nieustającego szacunku dla innych.
Wydawać by się mogło, iż Kendo to
tylko głupie trzaskanie się kijami, jednak prawda jest zgoła
odmienna. Opisane przeze mnie w poprzednim akapicie prawa jasno
wskazują, że Kendo wkracza do naszego życia na wielu
poziomach, starając się zrobić z nas zarówno wspaniałych wojowników jak i ludzi. Jest to sportowa sztuka walki, wobec czego
jakiekolwiek walki maja charakter zawodów na zasadzie kto trafi
ładniej i dokładniej, a nie kto szybciej i mocniej. Istnieją trzy
ataki: w głowę, w tułów oraz w przedramię. Każdy z
ciosów to nie tylko moment uderzenia przeciwnika. Punkty dostaje się
za połączenie trzech aspektów: przygotowania, ataku oraz ustawienia
się w pozycji, która pomoże przy budowaniu kolejnej próby. Tylko
wykonując te wszystkie trzy czynności prawidłowo sędziowie mogą przyznać nam punkt. Dla tych, którzy liczyli na fajne napierdalanie
się kijami ten fakt to zapewne sporo rozczarowanie, gdyż idąca w
parze z Kendo tradycja samurajów nie może być rozumiana dosłownie
(nikt nikomu krwi nie upuszcza).
Po zakończeniu części teoretycznej
nadszedł długo wyczekiwany moment, dostaliśmy do ręki miecze, znaczy
bambusowe kije. Przećwiczyliśmy wyciąganie miecza z tzw. pochwy,
poruszanie się oraz podstawowe cięcie, mające na celu atak głowy
przeciwnika (w tradycji przecięcie jej na pół). Wtedy dopiero
okazało się jak trudną i żmudną sztuką może być opanowanie
Kendo. Każdy ruch musi być przemyślany i wykonany z odpowiednia
techniką, gdyż jeden błąd może kosztować nas punkt na rzecz
przeciwnika, a w dalszej perspektywie porażkę w całym pojedynku. Kiedy
zakończyła się część właściwa przyszedł czas na smutniejszy
moment, czyli informacje dotyczące kosztów. Okazało się, że sam
sprzęt do uprawiania tej dyscypliny kosztuje około... 2500zł. Do tego dochodzi częsty zakup mieczy, ponieważ zużywają się one bardzo szybko oraz miesięczne
składki, gdyż jak wiadomo, senseiowie też charytatywnie nikogo nie
uczą.
Zdecydowanie mogę uznać ten trening
jako pozytywne doświadczenie. Polecam Kendo każdemu, kto znajdzie w
portfelu wolne 2500zł i więcej, gdyż w dalszej perspektywie nauka
tej sztuki może przynieść wiele korzyści. Mi niestety pozostaje
poszukiwanie czegoś, co będzie bardziej przyjazne dla mojego
portfela.
PS. Ponieważ główną ideą tego
bloga jest mimo wszystko filmografia, głupio by było nie wspomnieć
nic o żadnym filmie. Podtrzymując temat, polecam każdemu film, czy
też serial Shogun. Klasyczny, w mojej ocenie bardzo dobrze opisujący
feudalną Japonię kodeks samurajów i tego typu stuff.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz